Ogłoszenie 

Uwaga! To forum jest w trybie offline.
Wszelką pomoc uzyskasz pod adresem
forum.ultimateam.pl


Administracja Forum


Poprzedni temat «» Następny temat
Zamknięty przez: Nhadala
Czw 19 Lip, 2012 10:18
Fantastyczna przygoda: Początek
Autor Wiadomość
Feniks 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
2 gry

Pomógł: 62 razy
Dołączył: 04 Wrz 2010
Posty: 511
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 07:12
Fantastyczna przygoda: Początek
Fantastyczna przygoda: Początek
Autor: Ja ^^

Parę słów do mikrofonu:
Witam, jest to moja pierwsza udana mam nadzieję powieść. Jeśli starczy mi sił napiszę jeszcze dwie części i będzie trylogia :jupi:
Chciałbym, abyście komentowali całokształt i co wam przyjdzie na myśl. To moja druga, którą piszę powieść. Pierwsza kompletnie była nieudana, dlatego w najbliższym czasie wezmę się za pisanie poprawionej wersji. Choć miałem zacząć czytać książki to przeczytałem tylko jedną - taka ciekawostka. Pozdrawiam.

,,Zabraniam":
- Rozpowszechniania na innych stronach.
No to chyba tyle :shock:
Dobrej zabawy ^^

Rozdział I:
Przyjaźń

Jest rok 1210, 10 kwietnia. Pięć lat temu powstało królestwo Elithan, władał i ciągle włada tam pokojowy, łagodny i sprawiedliwy król Artur. Jego ojciec zmarł śmiercią naturalną, był już zbyt stary, aby mógł rządzić królestwem. Pewnie zastanawiacie się, kim Ja jestem, jestem Savil Dartin synem kowala Jacka, ma już trzydzieści lat i nadal wykuwa broń dla rycerzy króla. Przygarnął mnie kiedy miałem osiem lat, mój ojciec był pijakiem, zmarł kiedy miałem siedem lat, matka rok później i właśnie wtedy znalazł mnie Jack, zupełnie samego. Spytał, dlaczego jestem sam, powiedziałem mu wszystko, ale nadal się bałem. Postanowił się mną zaopiekować i nauczyć szermierki. Traktował mnie jak syna, zaś ja go jak prawdziwego ojca. Po paru latach smutek po utracie rodziny minął, ale nie dopuszczałem do siebie myśli o utracie Jacka.
- Nadal jesteś za słaby, aby polować, chodź, mój asystent zajmie się wyrobem mieczy. My potrenujemy. - powiedział biorąc do ręki jednoręczny, nienaostrzony miecz Jack.
- Poczekaj chwilę ojcze, wezmę manierkę z wodą. - odpowiedziałem podchodząc do chatki.
Chwilę później wziąłem nienaostrzony, lekki, jednoręczny miecz i poszliśmy z Jackiem ścieżką do naszej własnej areny treningowej. Tam mnie uczył właśnie Jack, nienaostrzone ostrze było tylko i wyłącznie dla bezpieczeństwa.
- Zacznijmy trening. Pamiętaj o tym co ci powtarzałem, nie atakuj bez korzystnego dla ciebie planu. - powiedział ojciec biorąc miecz do ręki i machając nim w obie strony.
Styl, a raczej style, jakich uczył mnie Jack były bardzo skomplikowane, tak zwany "kontratak" polegał na odsłonięciu wroga i szybkim wykorzystaniu tego, atakując go. Był też styl "bojowy", najtrudniejszy ze wszystkich, bo przecież nie jest łatwo bronić się i atakować jednocześnie. Wymachiwaliśmy ostrzami tak, że kiedy razem ze sobą się skrzyżowały, dźwięk brzmiał, jakby dwie ciężkie stale przecierały się o siebie. Trening z ojcem trwał zawsze od trzydziestu minut do dwóch godzin, zależnie od tego ile wytrzymałem i czasami od tego ile wytrzymał Jack.
- Na dziś mam dość, muszę odpocząć, poza tym czeka mnie jeszcze targanie mieczy do Króla Artura. - powiedziałem ledwo dysząc.
- Ty idź, ja tu posprzątam i wrócę do domu. - odpowiedział lekko dysząc Jack.
Wróciłem do domu, niestety nie miałem czasu na sen, musiałem zanieść 15 naostrzonych i wytrzymałych mieczy dla Króla. Droga nie była długa, ale męcząca. Cieszyłem się z życia jakiego mam. Zaniosłem ostrza dla króla, powoli wracając zauważyłem dwóch pijanych ludzi zaczepiających młodą dziewczynę, na oko miała piętnaście lat, miała długie czarne włosy, niebieskie oczy, rozdarte brązowe spodnie i niebieską koszulkę. Podszedłem zapytać grzecznie, ale i ostrożnie, czego od niej chcą.
- Hej ty, pomóż mi proszę, nie wiem czego oni chcą, ale boję się ich. - powiedziała drżącym głosem.
- Ty tam, idź sobie, nie szukamy towarzystwa. - wtrącił się pijak.
- Grzeczniej proszę obchodzić się z kobietami, nie jesteście godni, aby mnie przeganiać. Puśćcie ją, a będzie dobrze. - odpowiedziałem, przykładając dłoń do nienaostrzonego miecza.
- Miecz u młodego chłopca?, Kim jesteś? - zapytał drugi pijak.
- Puśćcie ją. - powtórzyłem ponownie wyjmując powoli miecz z pochwy.
- Nie chcemy kłopotów, już sobie idziemy, jeszcze straż nas złapie. - odpowiedział jeden z pijaków.
Po chwili nie było już śladu po tych żądnych ludziach. Próbowałem odejść, ale nieznajoma znienacka mnie zaczepiła.
- Hej, dziękuje ci, nie wiadomo co im chodziło po głowie. Jak mogę się odwdzięczyć? - zapytała z wielką,a było to widać wyraźnie, wdzięcznością.
- Nie musisz mi się odwdzięczać, jeśli chcesz mnie odwiedzić, pójdź ścieżką na północ, przy skrzyżowaniu na lewo i tam znajdziesz chatkę kowala, tam mieszkam. Teraz muszę iść, jestem zmęczony tym wszystkim. - odpowiedziałem, chowając miecz do pochwy.
- Rozumiem, jeszcze cię odwiedzę, do zobaczenia. - odpowiedziała i zaraz ruszyła w inną stronę.
Ciekawe czy ojciec wrócił już do domu, pewnie tak, jest już po zachodzie słońca. Ja też muszę szybko wracać, jestem już spóźniony...
Po dłuższej chwili wróciłem ścieżką do domu.
- Gdzieś ty był?, Hm... Niech zgadnę... Dziewczyna? - zapytał zdumiony Jack.
- Zgadłeś, zaczepiło ich dwóch ledwo chodzących ludzi i nie wiadomo co chcieli zrobić, nie wiedzieli że mój miecz nie jest naostrzony, szczęściem udało mi się ich nastraszyć... I tak poszli, a ja wróciłem. - opowiedziałem szybko.
- Czy to aby na pewno wszystko? - zapytał wciągnięty w historię.
- Powiedziałem jej, gdzie mieszkam, więc może tu przyjść. - dodałem, odkładając miecz.
- Tak myślałem, idź odpocząć, ona może przyjść już niedługo. - powiedział Jack po czym poszedł dalej kuć bronie.
Wszedłem do domu, zaczął padać deszcz, patrzałem ciągle przez okno i nie wiem czemu, ale myślałem o tej dziewczynie którą wcześniej spotkałem... Wkrótce się położyłem i powoli zasnąłem.
Następnego ranka...
Obudził mnie kamień uderzający w okno, ktoś mnie wołał, to była ta dziewczyna z wcześniej. Wziąłem manierkę, nalałem wody, ubrałem się i zszedłem.
- Nareszcie, ile można czekać. - powiedziała chichocząc.
- Wiesz, jest piąta rano, jestem zmęczony, musiałem się szybko ubrać, napełnić manierkę i zejść. Czy czegoś potrzebujesz? - zapytałem skromnie.
- Jestem Sandra White i mam piętnaście lat, a ty? - kłaniając się przedstawiła.
- Jestem Savil Dartin, syn Jacka Dartina i także mam piętnaście lat. - przedstawiłem się.
Po krótkiej, wstępnej rozmowie zaproponowała pójście na farmę Bartka, tam mogliśmy spokojnie się przechadzać, w końcu Bartek był dobrym znajomym Jacka. Ja akurat miałem dużo wolnego czasu, a Jack domyśli się iż jestem ze znajomą. Farma była duża, więc mogliśmy połazić, pobiegać bez obaw. Bartek był przyjaznym, miłym i cierpliwym gospodarzem farmy, więc nic nam nie zrobi za odrobinę relaksu na jego farmie, a haczyk polega na tym, że to Jack płaci za straty. Manierka musiała starczyć dla nas obojga, na szczęście dużo nie piliśmy i w okolicy była rzeka. W końcu po wypiciu całej wody z manierki, poszliśmy nad rzekę. Byliśmy już całkiem daleko od domu, było już południe, czas kiedy zazwyczaj pomagam Jackowi, ale nie zwracaliśmy na to uwagi.
- Hej wskakujesz do wody? - zapytała mnie pływając już w rzece.
- Oczywiście, poczekaj chwilkę. - odpowiedziałem zdejmując ciuchy i wskakując na drugą stronę rzeki.
Pływaliśmy, pływaliśmy, chlapaliśmy się jak małe dzieci, czego nie było łatwo doświadczyć w tamtych czasach, przez dłuższy czas... Przy brzegu opowiadaliśmy sobie co chcielibyśmy robić w życiu.
- Nie wiem co bym chciała robić, najchętniej cieszyć się życiem, tak jak teraz, ale chciałabym też stworzyć szczęśliwą rodzinę. - powiedziała patrząc w niebo Sandra. - A ty? - dodając spytała.
- Ja chciałbym być wojownikiem, ale nie barbarzyńcą, bronić ludzi bezbronnych i tych na których mi zależy, nie zależy mi na sławie, ani bogactwie. Chciałbym przeżyć coś cudownego i tak samo jak ty, przez dłuższy czas poczuć pełnie życia. - odpowiedziałem także patrząc w niebo. - Dobra, czas się zbierać, chodźmy - dodałem po dłuższej chwili milczenia.
- Masz rację. - powiedziała wyciągając nogi z rzeki.
Musieliśmy wracać, było już dosyć późno. Wracaliśmy przez kilkanaście minut, w trakcie rozmawialiśmy o wymarzonych partnerach i o różnych balladach.
- O! Widzę że młoda para wreszcie wróciła. - ucieszył się Jack.
- Ojcze!... - krzyknąłem rumieniąc się. Przedstawiam ci Sandrę White, moja przyjaciółka, Sandra to Jack mój ojciec. - dodałem przedstawiając ich sobie.
- Miło mi pana poznać, podobno jest pan kowalem? - zapytała skromnie.
- A i owszem, jestem, wraz z moim asystentem kujemy bronie dla rycerzy Króla Artura. A Savila trenuję w szermierce. - odpowiedział głośno.
- Szermierka?, Może się zmierzymy Savil?, Też od czasu do czasu trenowałam. - zaproponowała machając nienaostrzonym mieczem.
- Jeśli chcesz, ale jutro, dziś muszę jeszcze zjeść i się wyspać... W końcu obudziłaś mnie o piątej rano. - odpowiedziałem przeciągając się.
- Niech będzie, jutro przyjdę rano, muszę wracać do domu, mama może się zmartwić, bywaj. - pożegnawszy się poszła ścieżką do domu.
Wieczór był syty, a noc długa. Dzięki temu zdołałem wypocząć. Przez kolejne dni dni przychodziła, budziła mnie o piątej rano i razem raz chodziliśmy nad rzekę, a czasami ćwiczyliśmy razem szermierkę. Nauczyłem ją stylu ,,obronnego", polega na ciągłej obronie się walcząc nawet z trzema przeciwnikami naraz. Ona także mnie czegoś nauczyła, nauczyła mnie walczyć trzymając dwie bronie w obu dłoniach. To był styl przez nie każdego znany, ,,zabójczy"... Nawet Jack się zdziwił że mnie tego nauczyła i tego że go znała. Właściwie miał wiele opcji, pełne opanowanie go pozwalało na zabicie bądź powalenie sześciu przeciwników naraz w mgnieniu oka, ale do tego trzeba wiele nauki opanowania obu rąk. Jak na razie ja korzystam z stylu ,,zabójczego" minimalnie wykorzystując jego możliwości... Ja dopiero trenuje. Jednym ostrzem z lewej ręki uczę się blokować, zaś z drugiej atakować trenując przy tym oba style naraz, moją nazwą nazwanym stylem ,,Śmiercionośnym".
1 maj 1210 roku...
Trzask o okno znowu mnie obudził, jeszcze trochę i mi je wybije... Szybko schodząc na dół wziąłem manierkę i dwa nienaostrzone miecze.
- Hej, chodź ze mną, pokaże ci coś. - krzyknęła Sandra machając z daleka.
- Już idę. - odpowiedziałem, odkładając zdziwiony miecze.
Szliśmy długo, nie wiem gdzie, a ona nie chciała powiedzieć. Cały czas było cicho.
Hm... Około półtora metra wysokości, ważyła około 56 kg., szczupła, długie czarne włosy, niebieskie oczy i dobrze wyuczona w szermierce. Nie spodziewałem się tego, ratując ją. Może to dlatego że nie miała broni?... Kto wie.
- Jesteśmy na miejscu. - powiedziała informując cicho.
- Tutaj?... Tutaj jest "Polana Jednorożca", nie byłem tu jeszcze nigdy. Podobno biegał tu kiedyś biały jednorożec, stąd ta nazwa. - wyjaśniłem patrząc pod nogi.
- Nie widziałam nigdy tutaj białego jednorożca, ale zobacz, przyszykowałam nam obóz na calutkie trzy dni, już stąd go widać. Na miejscu są łuki. Będziemy uczyć się polować. - powiedziała powoli idąc na przód.
Chwilę później byliśmy na miejscu, zaskoczyła mnie tym co zobaczyłem, mnóstwo gotowych strzał, ognisko gotowe do rozpalenia. Kawałek dalej rzeka z wodospadem, wszędzie wokół zieleń, a zarazem pustkowie. Zwierząt, w tym jelenie, sarny i króliki... Było ich mnóstwo, więc prób nie brakowało.
- Umiesz strzelać z łuku? - spytała trzymając w ręce łuk.
- Nigdy nie strzelałem. - odpowiedziałem biorąc łuk.
- Zobacz, jesteś prawo ręczny, więc bierzesz łuk do lewej ręki i trzymasz, zaś prawą nakładasz strzałę powyżej palca który jest najwyżej położony kiedy trzymasz łuk. Naciągasz strzałę, celujesz i strzelasz. Spróbujmy, celuj w mały pień który tutaj jest. - wytłumaczyła po czym zaczęła trenować.
Trening nie był łatwy, nawet raz się skaleczyłem, nigdy nie bawiłem się w polowanie, ale uwierzcie że nie jeden raz umiejętność strzelania może uratować wam życie. Dla mnie szczególnie trudna była celność, wiele razy nie trafiałem z dziesięciu metrów w pień. Strzelaliśmy wpierw z odległości siedmiu metrów, w końcu z dziesięciu aż do szesnastu. Z szesnastu metrów ciężko jest wyczuć, kiedy możesz strzelać, a kiedy nie. Po paru godzinach trenowania na pniu z przerwami na jedzenie, kąpiel, ogrzanie się i zaspokojenie pragnienia poszliśmy polować na króliki, w ten sposób mogłem nauczyć się bardzo cennych umiejętności zarówno w walce wręcz ja i z dystansu, a mianowicie celności i skrywania się. Króliki na polanie jednorożca mają pole do popisu, jeśli wyczują niebezpieczeństwo, nie mam szans ich złapać, wystarczy że usłyszą, że biegnę w ich kierunku lub się zbliżam, natychmiast mi uciekną. Nie ukrywam, że bardzo często mi uciekały... W ciągu trzech godzin nie złapałem ani jednego królika, Sandra tylko jednego i to wystarczyło, aby się posilić. Nastał zmrok, rozpaliliśmy ognisko i upiekliśmy królika, miał bardzo dobre mięso, więc po ciężkim dniu zjedliśmy całego i położyliśmy się odpocząć. Następnego ranka, przed polowaniem jak zawsze wykonywaliśmy podstawowe czynności, picie, kąpiel, chwilowy odpoczynek przy ognisku i ponownie na łowy, w końcu, aby się posilić musimy coś upolować. Dostrzegając dosyć solidnego jelenia, a są to silne zwierzęta, łatwiej byłoby upolować sarnę, ale w polu widzenia nie zauważyłem żadnej. Spróbowałem cicho podejść bliżej, ale musiałem uważać, gdyż jelenie mają mocne rogi i mogłem bardzo ucierpieć jakby mnie zaatakował. Podszedłem, czułem się, jakbym się skradał do mieszkania, strach przed zauważeniem przez ofiarę i chęć w razie zagrożenia ratowania swojego tyłka. Strzeliłem do niego, nie trafiłem, jeleń mnie wypatrzył i zaraz ruszył na mnie. Nie miałem szans uciec, wyciągnąłem sztylet który miałem w razie zagrożenia, po kilku celnych w witalne punkty ciosach zabiłem go nim. Niestety jeleń bardzo mnie poranił, czekała mnie długa przerwa w polowaniu. Nie chciałem nadużywać siły, Sandra pomogła mi zanieść jelenia do obozu. Porcję rozdzieliła na sześć dni, dłuższe trzymanie jedzenia i spożywanie go groziło zatruciem. Rogi zostały trofeum, a skóra służyła mi za łoże. Rany zadane mi przez jelenia okazały się gorsze niż myślałem, musiałem zostać w obozie przez dwanaście dni, dla mnie to było szczęście w nieszczęściu, mięso z jelenia starczyło na sześć dni, a Sandra mogła się mną opiekować, starając się przy tym nie oddalać za daleko. Wkrótce po paru wywarach zrobionych przez Sandrę z ziół w pobliżu rzeki, zacząłem zdrowieć, mogłem chodzić, ale nie mogłem biegać, mogłem strzelać, ale nie mogłem się skradać. Postanowiłem pozostać w obozie przez całe dwanaście, a nie tylko osiem dni, dla pewności, że będę znów zdrów jak ryba.
dwanaście dni później...
- Już zdrowy?, Jutro wracamy do obozu, musisz się umyć, a! I upolujmy chociaż jednego królika dla Jacka w prezencie. - powiedziała rozglądając się po polanie.
- Ma się rozumieć, chodźmy. - odpowiedziałem wstając z łoża.
Po tych męczących przygodach z jeleniem, relaks w wodzie to był istny raj, po wyjściu czułem się jak nowo narodzony. Wkrótce zaczęliśmy wracać do domu i po około godzinie zanim się obejrzeliśmy, już byliśmy w chatce. Zdziwiłem się i Sandra także, patrząc przez szybkę w pokoju, zauważyliśmy, że wracającego Jacka, a chcieliśmy sprawić mu przyjemność prezentem, zaczepiło dwóch strażników, wyglądało groźnie, jeden nawet odepchnął Jacka i krzyknął na niego. Po chwili drugi robiąc poważną minę, wręczył mu list. Zeszliśmy na dół jak tylko strażnicy odeszli.
- Hej, Jack! co się stało, kto to był? - Zapytałem schodząc na dół.
- Cóż... Eee... - zaplątał się. - Wspominali coś o jakimś zabójstwie, w liście wszystko jest napisane.
- Zobaczmy. - powiedziałem, otwierając list.
,,Szanowny kowalu, proszony jesteś do generała Mośka, musisz złożyć zeznania o tajemniczym ginięciu kobiet, podejrzewa się, że sprawca wpierw gwałci kobiety, a następnie je porywa, dotyczy to także młodych dziewcząt."
- Wiesz o co może chodzić? - zapytałem gwałtownie.
- Słyszałem od tutejszych ludzi plotki, że zaginęły ostatnio dwie kobiety i jedno dziewczę, nie myślałem, że to coś poważnego... Ale dlaczego przyszli z tym akurat do mnie? - dodał zdziwiony.
- Tak czy owak, musisz to wyjaśnić. - powiedziałem. - Sandra, uważaj na siebie. - dodałem po chwili.
- Rozumiem, będę mieć oczy szeroko otwarte. - powiedziała Sandra.
- Jutro rano wyruszę do generała, dziś Sandra może u nas przenocować. - powiedział Jack.
- Cóż, moja mama wie, że mogę być u Savila, z przyjemnością zostanę. - powiedziała Sandra.
- To my już pójdziemy na górę. - dodałem i po chwili poszliśmy na górę.

Rozdział II:
Wyzwanie

Przez kolejne cztery dni Sandra mieszkała u mnie, oczywiście zaraz po ostatniej nocy poszła powiadomić o tym rodziców. A, zapomniałbym... Jack poszedł do generała, okazało się że generał wyzwał Jacka na pojedynek pięści! Za trzy dni odbędzie się tradycyjny konkurs walk na pięści i uwierzcie mi, to będzie coś!
- Hej, wstawaj! wstawaj!
- Eee..? - o co ci chodzi, daj spać! - powiedziałem cicho.
- No co? - powiedziała z uśmiechem. - Już jest 9 rano, eh... ostatnio za długo śpisz! - powiedziała głośno.
- Oj już wstaje, wyjdź - powiedziałem ziewając. - Chcę się przebrać. - dodałem.
Godzinę później...(a tak naprawdę minęło do dziesięciu minut).
- Oh, już? - powiedziała Sandra. - Dobra, za trzy dni ten konkurs! Jak myślisz? Kto wygra? - obsypała pytaniami Sandra.
- Kto wie? - odpowiedziałem bez zainteresowania. - Może sam wezmę udział?... Hmm... To dobry pomysł! - krzyknąłem.
- Prostaku! - krzyknęła odrazu. - Nawet się nie waż. - dodała.
- Ee?
- No... Eee... Ty masz dopingować ojcu, a nie walczyć. - powiedziała, tłumacząc się cicho.
- Ok, ok... I tak nie miałem takiego zamiaru, po prostu trzeba w tobie wzbudzić trochę troski kochana! - powiedziałem gasząc Sandrę.
- Pff. - odpowiedziała na sarkazm, tak cichym głosem, że gdyby nie jej odwrót głowy w przeciwnym kierunku, nie domyśliłbym się o czym tam szepnęła.
- Trzy dni! - krzyknąłem nagle po minutowej ciszy. - Jej... Nie chcę mi się tyle czekać!... Nie wiem jak ty, ja będę przez ten czas miał ,,święto leniuchowania". - powiedziałem ukrywając satysfakcję ze zgaszenia tej wrednej jędzy.
- ,,święto leniuchowania"?!... Chyba cię pogięło, ruszaj się, idziemy w siną dal. - odpowiedziała kpiąc.
- A co ja twój sługa?; pff, zapomnij, dobranoc. - odpowiedziałem, ponownie ukrywając satysfakcję.
- Jak chcesz!... Tylko jeżeli myślisz;
- Nie myślę, wchodzisz czy idziesz? - odpowiedziałem niegrzecznie wtrącając się.
- Eh... Mówić do ciebie to jak starać się przesunąć śpiącą 50 tonową krowę! - krzyknęła Sandra.
- Już dobrze marudo. - cicho szepnąłem pod nosem.
Wstałem ledwo co i odrazu poszliśmy do Jacka w końcu to jego wielkie dni.
- Jack! Jack! Jak się czujesz? - Zapytałem.
- Hoł hoho a jak mam się czuć? Masz mnie już za słabego i przegranego kowala? - spytał pewny siebie.
- Ależ on jest głupi. - powiedziała Sandra uderzając mnie w tył czoła. - On trzyma za pana kciuki, prawda Savil?
- T-tak.
Przez trzy dni jak obiecałem Sandrze, leniuchowałem, a ona nie była z tego zadowolona. Jack starał się trenować i wrócić do formy jak tylko mógł, w końcu król dał mu wolne jak zawsze co roku, aby zaskoczył publiczność.
Trzy dni później, duża publiczność zebrała się na trybunach. I zaczęło się wielkie wydarzenie.
- Panie i panowie! - krzyknął Miran, organizator walki. - dziś odbędzie się tradycyjny turniej walk. - Jeden zwycięzca, niesamowite emocje i to wszystko właśnie dziś! - Dodał tłumacząc Miran.
Po chwili na arenę wyszło ośmiu zawodników, w tym Jack i generał.
- Wygram. - Szepnął generał do Jacka.
- Hehe, zobaczymy. - Odrzekł.
- Droga publiczności, śmiałkowie którzy występują w zawodach to: Artan Slawski, Generał Mosiek Kracki(publiczność po cichu chichotała), Kowal Jack Datin, Portin Sarski, Damian Weroński, Andrzej Garski, Wiktor Wąski, Karol Arold Skadski.
Krzyki i brawa były wystarczająco głośne by sędzia zamilkł na dłuższą chwilę. Po chwili, gdy niewyżyta publiczność przestała krzyczeć jak dzikie zwierzęta... Wybrano pierwszych z wielu. Damian Weroński! - Po chwili wysoki, chudy, bez bluzki i z zaciśniętymi pięściami wszedł na arenę. Oraz Wiktor Wąski! - Trochę dłużej wchodzący, również chudy, ale jakby nie przejmował się niczym... Był już na miejscu.
- Zasady są proste, jak co roku. Przegrywa ten który pierwszy się podda. - Wyjaśnij jeszcze krótko Miran, aby nie przedłużać tego na co wszyscy czekali.
Tylko jak sędzia dał znak rozpoczynający walkę. Obu zawodników pewnie ruszyło na siebie pięściami. Emocje były ogromne, ale wszyscy i tak czekali na walkę odwiecznych rywali. Walczący mogli używać tylko i wyłącznie pięści. Okładając się, każdy daje z siebie wszystko. Wygra lepszy.
- Panie i panowie! Mamy zwycięzce pierwszej rundy - Damian Weroński!
Po kolejnych krzykach wybrano następnych przeciwników. Andrzej Garski! - Niskiego wzrostu, ale o zwinnych pięściach wszedł na arenę. Oraz Generał Mosiek Kracki! - Wszedł, jak co roku poważny i nielekceważący wroga, na arenę.
Każdy domyślał się jaki będzie wynik. A Andrzej, nie ma co... Nie był może i farciarzem, ale nie był typem osoby, która odpuszcza. To nie była krótka walka. Andrzej zwinnie i mocno atakował, a Generał parował lub bronił się przed atakami. Przydomek ,,generał" nie jest czymś, co można odziedziczyć, dostać za wzorowe wykonywanie obowiązków czy złapanie grubej ryby. Generał Mosiek - dostał przydomek za wyjątkowość o jakiej dowiecie się w swoim czasie. W walce generał co prawda docenia każdego wroga, ale żaden nie jest w stanie przebić się przez jego obronę. A jeden cios powali nawet zwinnego Andrzeja, który padł, dochodząc do granic swoich możliwości. Reszta zawodników nie miała by szans z podobnym zapałem.
- A o to i zwycięzca drugiej rundy! - Generał Mosiek Kracki!
Każdy przewidział taki wynik, ale tylko z Jackiem generał dawał z siebie wszystko.
Kolejni zawodnicy zostali wybrani. Artan Slawski i Karol Arold Skadski. - Obu z nich nie było wyzwaniem nawet dla Andrzeja. Artan był otyły i mały. Karol duży i również masywny. Ta walka nie była długa tylko i wyłącznie dzięki słabości Artana. Lubi kiedy kobiety patrzą się na niego i dopingują go w formie krzyków lub wołania go po imieniu. To nie jest jakaś tam słabość, chwila podniecenia, a przez co nieuwagi. I wystarczy jedno pchnięcie byś nie połapał się, że jesteś już przegrańcem. To jest tylko i wyłącznie drogą do porażki.
- No i mamy zwycięzce trzeciej rundy! - Karol Arold Skadski!
Tutaj krzyki również nie były ciche, w końcu publiczność chcę więcej, ale tutaj docenia się każdego śmiałka.
Po chwili wybrano już ostatnich zawodników. Kowal Jack Dartin! - Wszedł na arenę równie poważny co generał. Oraz Portin Sarski - Średniego wzrostu o krótkich czarnych włosach wszedł na arenę.
Walka trwała bardzo krótko. Jack lubi czasem kończyć szybciej niż przypuszczał. Sam sobie stawia wyzwania. A od początku wiadomo, po co tutaj jest.
- I nareszcie mamy zakończoną ostatnią rundę pierwszej rozgrywki! - Wygrywa Kowal Jack Dartin!
Oklaski jak i krzyki towarzyszące równie zwycięstwu generała były tak samo głośne. A zostało do tej pory już czterech zawodników: Karol Arold Skadski, Generał Mosiek Kracki, Damian Weroński, Kowal Jacki Dartin. Przegrani oczywiście nie okryli się hańbą. W końcu to coroczna zabawa, w której śmiałkowie sprawdzają siebie i swoje możliwości. Niestety Generał i Jack... Tylko oni dochodzą do finału. Po walkach zawodnicy mogli iść się najeść, napić, wymyć, jeśli trzeba. I po godzinie, kiedy każdy był pełen sił wrócili na swoje pozycje.
A zatem, w pierwszej rundzie drugiej rozgrywki zmierzą się Generał Mosiek Kracki! i Damian Weroński!
Generał szybko zakończył sprawę nie mogąc się doczekać walki z Jackiem. Uderzając prosto w jeden z punktów witalnych Damiana. Paraliżując go natychmiastowo. To jest jeden z niebezpiecznych ruchów, jeśli nie uderzy sie odpowiednio, można sparaliżować daną osobę nawet do końca życia, lub połamać sobie kości. To jest kontrolowany atak.
Zwycięzcą pierwszej rundy jest Generał Mosiek Kracki!
Oczywiście wszyscy z niecierpliwością czekali na ,,tą" walkę, ale nie żałowali krzyków i braw.
Następni zawodnicy to Kowal Jack Dartin i Karol Arold Skadski!
Walka równie szybko zakończona jak Generała. W końcu Karol wygrał tylko dzięki znanej każdemu słabości Artana.
Zwycięzcą drugiej rundy jest Kowal Jack Dartin! - Krzyki i brawa nie przestały huczeć przez długi czas. Gdyż już po chwili miało nastąpić coś, na co czeka się cały rok. ,,Walka odwiecznych rywali"
Choć wiedzieliśmy od początku, że zwycięzcy będą tacy jacy są, ale nie tylko my. Bo zawodnicy również mimo starań, a ci co walczyli z Generałem lub Jackiem mogli bez powstrzymywań sprawdzać swoje umiejętności, również czekali na ,,tą" walkę. Po chwili na arenę wyszło dwóch nieporównywalnie silnych i ostatnich zarazem zawodników. Generał Mosiek Kracki - Z rozszerzonym uśmiechem i niedoczekaniem wszedł na arenę. To samo Kowal Jack Dartin. A walka nie była krótka, wręcz dłuższa niż inne w historii ich walk. Trwała ponad godzinę. Obijali się pięściami, nawet obrona która zdolna jest powstrzymać wszystkich zawodników naraz, nie działała, o czym generał od dawna wiedział, na Jacka. Jack i generał trenowali razem w dzieciństwie, oboje w młodości nie mieli sobie równych. Mosiek postanowił, mimo odrobinę dziwnego imienia, zostać generałem. A Jack chciał pomagać królowi, bo takie było jego przeznaczenie. I w ten sposób spadła na niego opieka nade mną. Pamiętacie styl bojowy prawda? Oboje z rywali, Mosiek jak i Jack nie używają go pochopnie. W tej walce ten styl był daremny bez kombinacji trzech ,,Euforii" Pierwsza, zdolna przebić się nawet przez mur. Druga, zdolna przeciąć nawet stal. Trzecia, zdolna zranić nawet powietrze. To jest taktyka, która potrafią nieliczni. Znacie już dwie osoby potrafiące używać tej kombinacji, ale nie do perfekcji. Potrójna ,,Euforia" jest marzeniem, celem i wszystkim innym. Niestety w tej walce, użycie tej kombinacji jest zabronione. Jest to zdolne zranić nawet obserwatorów. W ten sposób walka ciągła się do godziny. W końcu był remis, jak zawsze. ,,Szafirowe pchnięcie" wykonane równocześnie na obu stronach przekreśla szanse na wygraną jednego z nich.
Finał zakończył się jak zwykle remisem! Ponownie walka ,,wiecznych rywali" dała nam dużo wrażeń! Gratulujemy i dziękujemy wszystkim za udział w zawodach! A krzyki zakończyły się dopiero kilkanaście sekund po zakończeniu walki.

Rozdział III:
Nowy przyjaciel

15 maj 1210 roku...
Minął już tydzień odkąd wieczni rywale zakończyli swoją walkę. Dziwicie się, skąd taki przypadkowy kowal i generał może znać, aż takie kombinacje, wydawające się niemożliwymi? Potrójna ,,Euforia" I trzy techniki z nich mają zdolności niedosłownie tnące powietrze czy niszczące mur. Poziom na jakim Jack i Mosiek potrafią tej techniki jest zdolny obezwładnić wroga i całkiem go znokautować na długi czas, ale najwyższy stopień jest ponad normy świata. Nie potrafi tego nikt, a jeśli by potrafił. Mógłby sam zniszczyć królestwo. Moc zdolna zniszczyć królestwo? Nie jeden świat ma swoje wady. Rodzice Sandry już dobrze mnie znają, ojczym Sandry obserwuje mnie, czy nie jestem draniem próbującym wykorzystać ją w jakikolwiek sposób. Matka oczywiście jest równie sympatyczna i miła co sama Sandra. Oczywiście poznali Jacka, którego dobrze zna całe królestwo. Wszyscy wokół mi ufają, cieszę się życiem.
- Jack, to było niesamowite. - Zawołałem, zaskoczony widowiskiem, które widziałem pierwszy raz w życiu.
- Oj nie przesadzaj, teraz miesiąc będą mnie boleć kości. Generał, jak sam widziałeś, nie jest pierwszym lepszym słabeuszem. - Odrzekł z śmiechem.
- Mam pytanie... Skąd tak dobrze znasz styl ,,bojowy"? - Zapytałem chcąc wszystko wiedzieć.
- Wiesz... Ja i generał trenowaliśmy praktycznie od dzieciństwa. Jesteśmy przyjaciółmi i rywalami w jednym. To jest coś niesamowitego. Coś, czego nie można się opisać słowami.
- Dzieciństwa? To znaczy, że jesteście tak samo silni? - Zapytałem, nie wiedząc co dokładnie powiedzieć.
- Jak sam widziałeś, każda walka teraz kończy się remisem. W dzieciństwie bywało różnie, raz ja, raz on. To były czasy... Ale nie straciliśmy formy! Ja znalazłem ciebie i to tobie przekaże całą wiedzę. - Odpowiedział Jack.
- Oczywiście, dziękuję, ale chciałbym również uczyć się sam czegoś nowego. - Rzekłem dumnie.
- To jest podejście, które jest godne szacunku jak na twój wiek. - Odpowiedział ponownie.
- O, Savil! Witaj. - Krzyknęła z daleka Sandra, przerywając rozmowę.
- A witaj, witaj. Wy sobie tu pogadajcie, a ja pójdę odpocząć. - powiedział zmęczony już Jack.
- A o czym to się rozmawiało? - Zapytała podbiegając.
- Wiesz, jestem bardzo zaskoczony siłą Jacka. Ciekawi mnie cała jego historia. - odpowiedziałem podniecony.
- A prawda, prawda. Ja i pewnie wszyscy którzy pierwszy raz byli na turnieju też są mile zaskoczeni. Wszyscy czekali i nie ma co się dziwić, ale nie zapominajmy o generale. Również jest silny, remis mówi sam za siebie. - dodała Sandra.
- Będę ciężko trenować, aby być choć trochę silny i zwinny jak Jack. Sądziłem, że style są używane do szermierki, ale oni potrafią użyć do wszystkiego. - Powiedziałem pewnie.
- A ja będę cię wspierać i z tobą trenować, ale pamiętaj, żebyś się nie przemęczał. To samo by ci powiedział Jack. - Powiedziała z uśmiechem i troską naraz.
Przez kolejne dni trenowałem swój własny ,,śmiercionośny" styl. Połączyłem, dzięki Sandrze styl ,,zabójczy" z ,,bojowym".
Pomagała mi w tym ciągle Sandra, to dzięki niej mogłem testować i udoskonalać swoją technikę. Ona również przy okazji uczyła się swojego stylu ,,Niezniszczalnego". Połączyła styl ,,zabójczy" z ,,obronnym" i udoskonala to precyzyjnymi cięciami ,,Siedmiu aniołów". Na naukę wszystkiego poświęcić trzeba więcej... Niż tylko nadzieję. Wkrótce Jack naostrzył nam pierwsze dopasowane miecze do naszych umiejętności. Sandra potrzebowała dwa twarde, lekkie i ostre, zdolne przeciąć drzewo, miecze. Ja potrzebowałem dwa ostre i lekkie miecze, ponieważ twardość by przeszkadzała w perfekcyjnych cięciach. Już niedługo mam urodziny. Czym zaskoczy nas los? Już za parę dni wyruszamy w podróż do lasu ,,zagubionych duszy" gdzie będziemy walczyć o przetrwanie. Co na to rodzice Sandry? Oczywiście, martwią się, ale ufają Jackowi.
- Jak sądzisz? Damy radę w lesie ,,zagubionych duszy" I dlaczego to tak się nazywa? - Obsypała jak nie często pytaniami Sandra.
- Uważam, że damy radę. Jack wspominał mi kiedyś, że ludzie tam wchodzą zazwyczaj w poszukiwaniu rzadkich roślin lub dla widoków. To nie jest mroczny las. Tam jest jasno nawet w nocy. Powiedział także, że z jakichś przyczyn ludzie stamtąd nie wracają. Być może zabłądzili w tym tajemniczym lesie? Nie wiem, ale chcę się dowiedzieć. - Odpowiedziałem wyraźnie i z powagą, choć nie ukrywałem podniecenia z wyzwań, jakie na nas czekają.
Mieliśmy wyruszyć za tydzień, więc było dużo czasu na przygotowanie się. Jack powiedział nam byśmy nie ulegli pozorom i trzymali się na baczności. Zachowywał się jakby tam był, choć tłumaczył, że to tylko rady starego już Jacka.
- A więc wyruszacie w swoją pierwszą samotną podróż. Pamiętaj Savil, jak coś jej się stanie, będę miał kłopoty, a ty podwójne kłopoty. - Dodał dumnie Jack.
- Nie mam już dwunastu lat. Damy sobie radę. - Odpowiedziałem.
- Zatem ruszajcie i bawcie się dobrze. - Pożegnał się Jack.
- Do zobaczenia! - Krzyknęła z uśmiechem Sandra.
- Bywaj Jack. Zobaczysz! Kiedy wrócę, to cię pokonam. - Dodałem równie dumnie co Jack.
I tak ruszyliśmy w stronę lasu. Droga nie była długa, nawet nie trzeba było rozbijać obozu. Pamiętacie polanę jednorożca? Tam musieliśmy zakładać obóz tylko dla treningu. Teraz nie były nam potrzebne umiejętności strzeleckie, ta podróż była tylko i wyłącznie do treningu szermierki. Musieliśmy przejść przez farmę Bartka, bo tak szybciej. Iść polaną jednorożca, omijając zwierzęta. I tak wyszliśmy na ścieżkę prowadzącą prosto do zielonego, jasnego lasu ,,zagubionych duszy".
- Już prawie jesteśmy, chodź szybko! - Krzyknąłem do Sandry przyśpieszając.
- Bo i ty nie wrócisz z tego lasu, gdzie ci tak śpieszno? - Odrzekła aż nadto podziwiając mój zapał.
A ja byłem po prostu ciekaw, jak jest w tym lesie i w końcu się przekonałem. Na początku łatwo wejść, jest mało drzew, a dużo zieleni, ziół, grzybów, ale było zbyt cicho. Im dalej szliśmy tym było gęstniej z powodu drzew, a promienie które oświetlały las zniknęły niezauważalnie, zaś początek jaki na spotkał tutaj nie był widoczny. Brak roślin, a zwierząt, prócz ptaków które ćwierkały na całą okolicę tworząc wspaniały klimat nawet w gęstej dżungli - ponieważ tak tam było.
- Hej, Savil... Zobacz, to chatka. Jak dobrze... Właściwie, choć nie marudziłam robiło mi się już niedobrze od tego lasu. - Widząc chatkę kilka metrów przed nami, powiedziała szeptem, aby nie spłoszyć niczego, ani nikogo Sandra.
- Tak, nie wątpię. Tam musi ktoś być, ale zapomniałaś o słowach Jacka. ,,Nie ulegajcie pozorom" może i to tylko głupia intuicja, ale ta chatka wygląda dość dziwnie. - Powiedziałem, choć nie wyglądało na to, zachowując ostrożność i czujność, to nie był trening jak z Jackiem czy Sandrą. Tutaj mogło wszystko się zdarzyć.
- Podejdźmy bliżej. - Dodałem.
Niestety byliśmy zbyt głośno, znikąd wypatrzył nas dosyć groźny dzik i ruszył na Sandrę, która była kawałek za mną. Był już koło niej, a był to świetny okaz do przetestowania swoich umiejętności. Ja nie zdążyłbym nawet wyciągnąć mieczy, jeszcze nie teraz. Zaufałem jej.
,Cięcie... duszy... - wypowiadając te słowa zwinnie rzuciła się na dzika tylko, jednym mieczem. Pozycja w jakiej to wykonała nie była czymś, czym wcześniej się chwaliła. My odkrywamy samych siebie podczas walki. A dzik został śmiertelnie okaleczony w dwa witalne punkty. Szczęście w nieszczęściu, ja krzyknąłem ,,Sandra, uważaj!" i to dosyć głośno. Teraz nikt nie jest bezpieczny.
- To mnie nie zabiję, pamiętaj, że to tylko trening. - Powiedziała chowając miecz do pochwy.
- Wybacz. - Tylko to mogłem powiedzieć, uraziłem ją. Ona od początku wiedziała, że na nią biegnie.
- Widocznie nikogo tu nie było przez kilka dobrych dni. To miejsce nadaje się do użytku po paru poprawkach. - Powiedziała wchodząc do chatki.
Wyrzuciliśmy śmieci, posprzątaliśmy, ale tylko trochę, rozpaliliśmy ognisko, aby odstraszać dzikie zwierzęta i położyliśmy się spać. Następnego ranka o dziwo promienie znowu oświetliły nam cały las, zieleni było dużo, grzybów i ptaków również, a i ziół nie zabrakło. A wychodząc z namiotu, zobaczyłem Sandrę siedzącą na trawie. Po chwili z daleka zobaczyliśmy pierwszego od wczoraj człowieka. Podszedł do nas, też był szermierzem.
- Ohoh! Witajcie! Widzę, że moja chatka dalej stoi. Dziękuję wam za opiekę nad nią. Długo tu już jesteście? - Zapytał nieznajomy.
- A ty kim jesteś? Jesteśmy tu od wczoraj wieczór. - Odpowiedziałem.
- Ah, wybaczcie. Jestem Leon, trenuję szermierstwo, lubię gotować i łowić ryby. Mam 165cm. wysokości i ważę około 68kg... Noszę teraz zazwyczaj brązowe spodnie i białą koszulkę lub chodzę bez niej. Mam krótkie srebrne włosy. - Przedstawił się szczegółowo nieznajomy Leon.
- Przecież widzimy jak wyglądasz, po co ta szczególność? - Zapytała zdziwiona Sandra.
- Dawno nie widziałem żywej duszy w tym lesie. To pewnie dlatego. - Wyjaśnił skromnie Leon.
- Dawno? Jak długo tu jesteś? - Zapytałem.
- Hm... Pięć lat. - Rzekł normalnie Leon.
- Pięć lat?! - Krzyknęliśmy oboje naraz z ogromnym zdziwieniem.
- W takim razie musisz znać cały las! - Powiedziałem zdziwiony nadal.
- Ten las nie ma końca, co prawda znam większą połowę lasu, ale sami widzicie, w dzień jest tak jak przy wejściu. W nocy czujesz się jak w otchłani. - Wyjaśnił powoli Leon.
- Wspomniałeś też, że chatka nadal stoi. To oznacza, że gdzieś musiałeś wyruszyć, prawda? - Zapytała ciekawa Sandra.
- Szukałem smoka. - Odpowiedział.
- Smoka? To głupie... One nie istnieją, a przynajmniej słyszałam o nich tylko w legendach i bajkach jak byłam mała. - Odpowiedziała obojętnie.
- To nie tak, że bym szukał bez dowodów. Ja go widziałem! - Krzykiem powiedział Leon.
- Jack nigdy nie wspominał mi o żywych legendach. Jedyne co mówił, ,,Jeśli wierzysz, że coś istnieje, to tak jest."
- Znam te słowa, chodzi ci o Jacka Dartina? - Zapytał zdziwiony Leon.
- Tak, o mojego ojca. - Odpowiedziałem.
- Hah... A to stary drań, syn mu się urodził... Co u niego słychać? - Zapytał ponownie równie ciekawy jak Sandra wcześniej Leon.
- A skąd go znasz? - Zapytałem, nie odpowiadając na pytania Leona.
- Ah... Więc jestem jego młodszym bratem. - Dodał wyjaśniając znów dosyć niebywałą rzecz Leon.
- Smok, brat Jacka... Nie za dużo jak na jeden raz? Savil, Jack mówił ci, że ma brata? - Zapytała zaskoczona Sandra.
- Wspominał o tym. - Odpowiedziałem. - Więc skoro naprawdę jesteś jego bratem, musisz być równie silny jak on. - Dodałem.
- Eh... Po tym wszystkim chyba już nic mnie nie zaskoczy. - Powiedziała cichym głosem Sandra.
- Wejdźmy do środka, tam porozmawiamy na spokojnie. - Dodałem, aby ostudzić emocje.
- A zatem, opowiedz mi o sobie synu Jacka i ty panienko. - Powiedział ciekawy wszystkiego Leon.
- Jestem Savil Dartin, a Jack nie jest moim biologicznym ojcem, ale to nieważne. Przygarnął mnie siedem, prawie osiem lat temu. Urodziłem się trzydziestego maja. Moja pasja i życie to szermierstwo oraz przygody. Jestem tu, aby trenować.
- Jestem Sandra White, a Savil pomógł mi z dwoma niegroźnymi pijaczynami. Właśnie tak zostałam jego przyjaciółką. Również zajmuję się szermierstwem i przyszłam tutaj z Savilem w tym samym celu.
- Rozumiem, a zatem przyszła i pora na mnie. - Jestem Leon Dartin, młodszy brat Jacka. Widocznie jesteśmy skazani na przyjaźń, ponieważ i ja kocham szermierstwo. I przyszedłem tu w jednym celu. Zmierzyć się z żywą legendą, nawet jeśli zginę.
- Skąd wiesz, że smok jest akurat w tym lesie? Widziałeś go, ale dawno, prawda? - Zapytałem.
- Widziałem go kiedy wchodziłem do lasu. Nie mam pojęcia czy ciągle gdzieś tam jest, ale przeczucie i nadzieja nie pozwalają mi stąd odejść. Znajdę go. - Wyjaśnił.
- Pomogę ci. - Powiedziałem bez przemyśleń.
- Żywa legenda to nawet dla mnie za dużo. Ja na niej sprawdzę swoje umiejętności, ale mogę zginąć. - Wyjaśnił.
- Nie szkodzi, jeśli ty chcesz się sprawdzić... To i my damy radę. - Powiedziała pewna Sandra.
- Chodźcie i powiedź Leon, którędy już szedłeś? - Zapytałem stojąc koło ogniska.
- Jakby nie patrzeć byłem na północy i zachodzie. Został wschód i południe.
- Północ, zachód... Z południa przyszliśmy i nie widzieliśmy smoka. Intuicja podpowiada mi, że jeśli smok żyje w ukryciu, jest na wschód stąd. - Powiedziała Sandra już gotowa do drogi.
- Zatem postanowione! Idziemy! - Powiedziałem z krzykiem podskakując w górę.
Już rozumieliśmy, dlaczego zwą ten las ,,Zagubionych duszy" i również nie mogliśmy się doczekać walki z taką legendą.
Tak jak zaplanowaliśmy, szliśmy ciągle na wschód przez dwa dni z nocnymi przerwami. Ten las nie miał końca.
- Idziemy już dwa dni, jak tak dalej pójdzie nigdy nie znajdziemy... - Zamilkła nagle Sandra widząc krater prowadzący w dół.
- Spójrzcie w dół... Miałem rację! Smok żyję! I pilnuję czegoś w jaskini. Skarb? Nie obchodzi mnie to, chcę tylko i wyłącznie się z nim zmierzyć. - Rzekł zdumiony Leon i ruszył szybko w dół.
- Chodźmy. - Powiedziawszy to ruszyłem z Sandrą za Leonem. W końcu spotkać, a słyszeć o legendzie, to dwie różne rzeczy i uczucia temu towarzyszące.
Smoki są niezwyciężone, wyostrzone mają wszystkie zmysły. Węch, słuch, widoczność. Widział nas już w górze, ale spokojnie leżał pilnując jaskini. Kiedy Leon krzyknął do smoka, ten wstał i powoli czerwony smok już był gotowy zaatakować Leona. Nie wahał się ani chwili, machnął ogonem wystarczająco silnie, by powalić wieżę obserwacyjną w królestwie. Sandra stosunkowo szybko zareagowała i biegnąc w stronę Leona, zatrzymała się nagle zszokowana tym co zobaczyła. Leon odbił atak smoka bez większego wysiłku.
- Co to było?! - Krzyknęła podbiegając do Leona Sandra.
Leon nie miał czasu na wyjaśnienia, smok nie czekał. Ja przygotowywałem swoją nową technikę, którą wymyśliłem podczas treningu z Sandrą. Nie używałem jej nigdy, to było ryzykowne posunięcie. Nazwałem to ,,Skrzydłem Boga"... Ten cios, jeśli dobrze go wykonam i opanuję, da się odczuć nawet smokowi. Jeśli mi się nie powiedzie, stracę możliwość używania prawej ręki przez godzinę.
Sandra i Leon zgrali się bardzo logicznie, Sandra trenowała ,,niezniszczalny" styl parując większość ciosów smoka, który najwyraźniej się bawił. A Leon kontratakował nieznanymi nam dotąd technikami. Niestety to nie wystarczyło nawet na powalenie smoka. Smoki w legendach były bardzo przerażające dla wroga - skóra twarda jak kamień, pazury zdolne przeciąć stal i tego mało, potrafi latać. Każdy smok ma inne możliwości, czerwony najwyraźniej zieję ogniem. O czym przekonaliśmy się kiedy Leon znikąd użył na nim trzeciej techniki ,,Euforii" - zdolnej zranić powietrze. Wtedy smok zawył z bólu, podpalając tym samym okolicę. Droga ucieczki była zamknięta.
- Osiągnęłam swój limit. Mogę bronić się przed atakami nawet smoka, ale on się tylko bawi. - Rzekła mocno dysząc Sandra.
Skrzydło... Boga! - Usłyszeli z tyłów. To była moja technika, adrenalina pozwoliła mi szybko dobiec do smoka omijając nawet jego ataki. Wtedy ponownie zionął ogniem.
Oślepieni gorącem, które nagle znikło, zobaczyli powalonego smoka.
- Jakim cudem? - Cicho powiedział do siebie zszokowany na tyle, aby miecz z ręki wytrącił Leon.
- Zobacz! Savil leży nieprzytomny. To zapewne jego zasługa, ale co mu się stało?! - Krzycząc zawołała Sandra.
- Nie martw się, tylko zemdlał, ale... Co to było? Jaką jeszcze moc skrywa ten dzieciak... - Zapytał sam siebie Leon. - Nie ważne, zabierzmy go stąd. Smok najwyraźniej stracił przytomność, ale nie na długo. A jego upadające cielsko zdmuchnęło ogień. - Dodał szybko Leon.
- Co z jaskinią? Sprawdzimy co się w niej kryje? - Zapytała ciekawska Sandra.
- Nie tylko ty chcesz to wiedzieć, ale jeśli zostaniemy w tej chwili trochę dłużej, zostanie z nas posiłek dla oburzonego smoka - Powiedział szybko, biorąc mnie na ręce i biegnąc już Leon.
Uciekliśmy, a ja byłem nieprzytomny przez tydzień. Przeliczyłem się co do wad tej taktyki, ale czy to była jej pełna moc? Nie zamierzam używać jej ponownie przez najbliższe tygodnie. A kiedy się obudziłem...
- Nareszcie wolność! Ten las był i nadal jest ekscytujący, ciekawi mnie jedynie ta jaskinia. Wrócimy tam jeszcze? - Zapytała głośno i wyraźnie szczęśliwa Sandra.
- Wrócimy, a przynajmniej ja wrócę. Przez pięć lat próbowałem i wreszcie się udało. Nadal jestem zbyt słaby. Odprowadzę was do Jacka. Muszę zawitać do tego dumnego człowieka. - Wyjaśnił równie co Sandra szczęśliwy Leon.
- Jak się wydostaliśmy? I co się stało po błysku? - Zapytałem zdziwiony nagłą zmianą położenia.
- Zemdlałeś na calutki tydzień. Wróciliśmy tą samą drogą. Już za pięć dni masz urodziny. Musimy wrócić szybko do domu. - Wytłumaczyła Sandra.
Przechodziliśmy przez polanę jednorożca, farmę Bartka który bardzo dobrze zna Leona. Nie obeszło się bez krótkich wyjaśnień... Aż wreszcie wróciliśmy do domu. Gdzie byli rodzice Sandry.
- Oh, Sandra! Tak się martwiłam, cała jesteś? - Zapytała zatroskana matka Sandry.
- Widzicie? Wszystko dobrze się skończyło, tak jak obiecaliśmy. Ah! Któż to zagościł do moich skromnych progów! Witaj bracie. - Rzekł z wyraźnym uśmiechem i dumą Jack.
- Dziękuje wam, my już pójdziemy. - Powiedział równie zatroskany ojciec, wołający już Sandrę do powrotu do domu. W końcu w lesie nie było rzek, ani wygodnych łoży.
- Ah, dowidzenia! Do zobaczenia Sandra. - Powiedziałem, zdejmując ciuchy na miłą kąpiel.
Po kąpieli i mojej i Leona przyszedł czas na kolację, a przy tym rozmów.
- A zatem bracie, czy nie miałeś szukać smoka? Ileż to już czasu minęło pięć, sześć lat? - Zapytał jedzący mięso Jack.
- I szukałem bez przerwy, nie na darmo. Wiesz jaki jestem, nie wróciłbym gdyby było inaczej. Znalazłem go właśnie dzięki tej zgrai. Właśnie dlatego mogę tu dziś siedzieć z wami. - Odpowiedział popijający już Leon.
- Tak! Spotkaliśmy smoka. Z tego co pamiętam, to strzegł jaskini. Potem Sandra z Leonem z nim walczyli, pod koniec zobaczyłem błysk i obudziłem się już na ,,polanie jednorożca". - Powiedziałem szybko.
Nie pamięta tego co zrobił? - Pomyślał Leon.
- Hah! Wiedziałem, że ci się uda bracie. - Dodał po wszystkim Jack.
- Podziwiam twojego syna i jego przyjaciółkę. Ona nie jest słaba, parowała kilkanaście ataków smoka. Cała armia rycerzy uległa by z samym jego ogonem. W końcu to legenda. - Pochwalił Sandrę Leon.
- Los szykuje nam dużo przygód z tego co widzę. A Savil ma nosa do przyjaciół. - Dodał śmiejący się Jack.
- Hah! My tam byliśmy tylko trenować, a ja nawet się nie sprawdziłem w walce z smokiem. - Powiedziałem cichym głosem.
- Nie przejmuj się! I ty nam pomogłeś. - Pocieszył mnie Leon klępiąc po plecach.
- Tak... Ja się idę położyć, nadal jestem zmęczony. - Powiedziałem i poszedłem na górę.
- Teraz możesz mi już bez obaw powiedzieć, jak uciekliście i dlaczego Savil niczego nie pamięta. - Powiedział poważnie Jack.
- To, że wróciliśmy cało, to tylko i wyłącznie jego zasługa. Ja trzecią techniką ,,potrójnej euforii" nie powaliłem smoka. On użył dziwnej techniki ,,Skrzydła Boga", a kiedy smok wyzionął ogniem błysk wywołany jego atakiem zniknął, po chwili smok był nieprzytomny. A Savil zemdlał na tydzień. - Wyjaśnił Leon.
- Ten chłopak nie raz jeszcze zaskoczy świat! - Odpowiedział głośno śmiejący, uderzając w stół Jack.
- Tak, zdecydowanie... - Dodał Leon. - Od dziś jestem jego dłużnikiem i przyjacielem. - Dodał, idąc już zmęczony się położyć.

Rozdział IV:
Koniec treningu

Następnego ranka, już tradycyjnie Sandra próbowała mi wybić okno.
- Wstawaj Savil! Idziemy trenować. - Zawołała głośno Sandra.
- Tak, tak... Już schodzę. - Powiedziałem cicho, szybko się ubrałem i zszedłem.
- Od dziś trenujemy w trójkę. Muszę was podszkolić. - Zawołał Leon.
- Mi to tam obojętne, ale w jaki sposób chcesz nas szkolić? - Spytałem ziewając.
- Będziemy walczyć, wasza dwójka na mnie. Nie dam wam fory. - Wyjaśnił.
- I to kocham! - Krzyknęła nagle Sandra.
- Słuchaj Sandra... Nie wiem jak u ciebie z atakiem, ale obronę masz ponad normy ludzi czy większości szermierzy. Wyjaśnij mi jak działają twoje umiejętności. - Rzekł poważnie Leon.
- Używam własnego stylu, ,,Niezniszczalnego" połączyłam ,,Zabójczy" z ,,Obronny" tworząc właśnie oto ten styl zdolny zatrzymać nawet atak legendy. Specjalizuję się również w ataku w punkty witalne, ale techniki wymyślam podczas walki. - Wyjaśniła Sandra.
- To bardzo ciekawe i rzadkie, aby obrona i atak były aż tak ambitnie rozwijane. Punkty witalne... Krótko mówiąc w walce byłabyś tarczą i asem w rękawie naraz. A ty Savil? - Zapytał.
- Ja skupiam się na tylko i wyłącznie ataku, potrafię się obronić, ale nie przed kilkoma przeciwnikami. - Wyjaśniłem.
- Rozumiem, Sandra jest obroną, a ty atakiem. Duet idealny, ale nadal trzeba wam treningu. - Powiedział z szczerym uśmiechem Leon.
Nie poszliśmy na arenę, bo nic by z niej nie zostało. Naprzeciw lasu ,,zagubionych dusz" są zapomniane ruiny, to idealne miejsce na trening. Skały są zarośnięte korzeniami i twarde jak skóra smoka, więc nie musieliśmy się powstrzymywać.
- Słuchajcie, walczcie na poważnie. Ja postaram się przebić przez waszą obronę i unieszkodliwić atak. - Wyjaśnił dziwnie Leon.
Nie odpowiadając ruszyłem do boju. Sandra była moją tarczą. Zwinnie atakując obydwoma mieczami, a Sandra parując ataki Leona i tak ciągle powtarzaliśmy ten sam ruch. Leon odparował mój atak, ale nie przebił się przez obronę. Postanowił użyć siły ,,Euforii" którą opanował na poziomie podstawowym, tak samo jak Jack i generał.
- Przygotujcie się... Pierwsza technika ,,Euforii"! - zdolna przebić się przez mur. Wymawiając te słowa ruszył na Sandrę, odparowując natychmiastowo wszystkie moje ciosy. A ona szykując się do obrony wymyśliła nową technikę widząc pozycję w jakiej atakuje Leon. ,,Błyskawiczne odbicie" wyglądające jakby wróg się poddał krzyżując miecze naprzeciw siebie. Leon już był przed Sandrą atakując szybciej niż smok. Trzask i powiew wywołany zderzeniem był odczuwalny w całym ruinach. Moc zdolna przebić mury królestwa bezpośrednio użyta na wrogu przynosi pewne zwycięstwo. Powiew był bardzo silny, przez co musiałem zamknąć oczy i chronić się rękoma przed kurzem, czy falą wywołaną uderzeniem.
- Bardzo dobrze... Zdałaś. - Usłyszałem z bliska.
Zobaczyłem ranną w lewe ramię Sandrę. Podbiegłem szybko.
- Co się przed chwilą stało, dlaczego jesteś ranna? - Zapytałem.
- Nic jej nie jest, to tylko draśnięcie, ale jest tak jak myślałem. Jej obrona już w tym wieku jest wytrwalsza niż obrona całego królestwa. Obroniła się przed najniebezpieczniejszą techniką jaką dotąd wymyślono. Możesz być z niej dumny, ale ona musi odpocząć. Teraz twoja kolej. - Dodał po wszystkim.
- Zaatakuj mnie najsilniejszą techniką jaką wymyśliłeś. - Powiedział szykujący się do ostatecznej obrony Leon.
Skrzydło... Boga... Wypowiadając te słowa zwinniej niż przy pierwszej technice ,,Euforii" ruszyłem w stronę poważnego Leona, ale w połowie straciłem przytomność.
- Savil! Co z nim?! - Krzyknęła wstając szybko Sandra.
- Nic mu nie jest. Ta technika mogłaby zniszczyć te ruiny, ale zaryzykowałem i nie myliłem się. Czeka go ciężka praca zanim opanuje swoją technikę, zdolną przebić nawet ,,Euforię".
Tym razem zemdlałem na dwa dni, już jutro mam urodziny, a ja zasypiam podczas treningów. Wszyscy już przyszykowali dla mnie urodzinowe przyjęcie, które odbyło się na farmie Bartka. Ja dostałem nowe miecze i kilka dni później rozpoczęliśmy ponowny trening. Opanowałem technikę ,,Skrzydła Boga", ale użyć mogłem jej tylko raz inaczej traciłem przytomność i budziłem się w chatce. Sandra opanowała również nowe techniki dużo potężniejsze od tych dotychczas. Przez trzy miesiące trwał nasz trening. To dużo czasu, abyśmy mogli wyruszyć z dala od tych rejonów na swoją pierwszą długą i pełną niebezpieczeństw podróż. Z mną i Sandrą wyruszył Leon, to był warunek postawiony Jackowi przez rodziców Sandry.
To był już koniec treningów, teraz zaczyna się przygoda...
________________________

 
 
Melvin 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
1 gra

Pomógł: 35 razy
Dołączył: 23 Paź 2009
Posty: 1063
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 13:56
Nieźle. Przeczytam jak będę miał trochę czasu.

@BTW:
Napisałeś, że jest rok 1210, natomiast Król Artur urodził się, podobno w 482. Chyba, że nie o tego chodzi xD
________________________
MelvinClass:
Spoiler:

 
 
Feniks 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
2 gry

Pomógł: 62 razy
Dołączył: 04 Wrz 2010
Posty: 511
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 14:26
Czytajcie ze zrozumieniem(i Melvin, i reszta)
Jest rok 1210, 10 kwietnia. Pięć lat temu powstało królestwo Elithan, władał i ciągle włada tam pokojowy, łagodny i sprawiedliwy król Artur.
________________________

 
 
Angius 

Nie wkurzać



Preferowany:
RPG Maker VX

Pomógł: 104 razy
Dołączył: 30 Paź 2010
Posty: 1276
Skąd: wROCK
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 17:03
Dobra, czas na recenzję :mrgreen:
Jak zwykle, kawałek po kawałku, potem podsumowanie. Nie obraź się za tę reckę, ale inaczej pisać nie umiem :-P


Cytat:
jestem Savil Dartin synem kowala Jacka, ma już trzydzieści lat i nadal wykuwa broń dla rycerzy króla.

"Jestem Savil Dartin, syn kowala" lub "Jestem Savil Dartin, jestem synem kowala", ale użyta przez ciebie konstrukcja nie ma racji bytu. "Jestem synem kowala Jacka, który ma już 30 lat", ponownie używasz złego szyku zdania...

Cytat:
powiedział biorąc do ręki jednoręczny, nienaostrzony miecz Jack.

"Powiedział Jack, biorąc...", tak powinno być. Bo co, ten miecz się Jack nazywa? Na to wskazuje użyty szyk wyrazów.

Cytat:
Tam mnie uczył właśnie Jack, nienaostrzone ostrze było tylko i wyłącznie dla bezpieczeństwa.

"Tam właśnie uczył mnie Jack", z tego, coś napisał wynika, że to właśnie on, a nie właśnie tam go uczył. Natomiast druga część zdania nie ma sensu, nie pasuje do sytuacji i jest niepotrzebna. A do tego źle wstawiona.

(miecze) dźwięk brzmiał, jakby dwie ciężkie stale przecierały się o siebie
a jak mają brzmieć dwa miecze, jak stukanie się kijami? :lol:

Cytat:
- Hej ty, pomóż mi proszę, nie wiem czego oni chcą, ale boję się ich. - powiedziała drżącym głosem.
- Ty tam, idź sobie, nie szukamy towarzystwa. - wtrącił się pijak.
- Grzeczniej proszę obchodzić się z kobietami, nie jesteście godni, aby mnie przeganiać. Puśćcie ją, a będzie dobrze. - odpowiedziałem, przykładając dłoń do nienaostrzonego miecza.
- Miecz u młodego chłopca?, Kim jesteś? - zapytał drugi pijak.
- Puśćcie ją. - powtórzyłem ponownie wyjmując powoli miecz z pochwy.
- Nie chcemy kłopotów, już sobie idziemy, jeszcze straż nas złapie. - odpowiedział jeden z pijaków.
Po chwili nie było już śladu po tych żądnych ludziach. Próbowałem odejść, ale nieznajoma znienacka mnie zaczepiła.
- Hej, dziękuje ci, nie wiadomo co im chodziło po głowie. Jak mogę się odwdzięczyć? - zapytała z wielką,a było to widać wyraźnie, wdzięcznością.

Hej ty, ty tam, hej, nie za dużo?
Nie za szybko odpuścili? I co, wyjął miecz, a oni jak grzeczne przedszkolaczki "Juź, juź, plosiem pana, idziemy, psieplaśamy, niech naś pan nie bije..."
Zbyt szybko i zbyt grzecznie.

Cytat:
patrzałem

Ja patrzę, ty patrzysz, on patrzy, my patrzymy, wy patrzycie, oni patrzą
Ja patrzyłem, ty patrzyłeś, on patrzył/ona patrzyła, my patrzeliśmy, wy patrzeliście, oni patrzeli/one patrzyły
Ew. my patrzyliśmy, wy patrzyliście, oni patrzyli
Piszemy Y, czasem zamiennie z E (l.mn.), ale nigdy A.

Cytat:
Wieczór był syty, a noc długa.

Syty tekst ziom... Grubo jest, nie?
Czy może chodziło o to, że się tym wieczorem najedli? Niepoprawnie archaizmów (na pewno archaizmów?)

Cytat:
polega na ciągłej obronie się

"Polega na ciągłej obronie KROPKA" lub "Polega na ciągłym bronieniu się"
Kolejna konstrukcja niemająca racji bytu.

Cytat:
przyszykowałam nam obóz na calutkie trzy dni, już stąd go widać. Na miejscu są łuki. Będziemy uczyć się polować. - powiedziała powoli idąc na przód.
Chwilę później byliśmy na miejscu, zaskoczyła mnie tym co zobaczyłem, mnóstwo gotowych strzał, ognisko gotowe do rozpalenia. Kawałek dalej rzeka z wodospadem, wszędzie wokół zieleń, a zarazem pustkowie. Zwierząt, w tym jelenie, sarny i króliki... Było ich mnóstwo, więc prób nie brakowało.

Fragment sam w sobie jest ok, ale...
Zaraz, obóz na trzy dni... łuki, strzały, miejsce na ognisko... Ee... Znaczy, dziewczyna to zrobiła? No ja rozumiem, silne, ten teges, ale... W każdym razie ja dostaję opieprz jak idę z tyłu, bo "to facet powinien prowadzić", a co dopiero takie cuś... No ale ok, może i Sandra jest tak silna :)

Cytat:
- Umiesz strzelać z łuku? - spytała trzymając w ręce łuk.
- Nigdy nie strzelałem. - odpowiedziałem biorąc łuk.

"Bierz ten łukowaty łuk i strzelaj po łuku do tej łukowatej brzozy wygiętej w łuk. Tylko nie złam tego łuku, bo łuk jest ciężko zrobić, ale inny łuk tam stoi obok mojego łuku, który jest taki, jak twój łukowaty łuk", czyli za dużo powtórzeń. I to nie tylko tutaj, powtórzenia aż rażą. Poszukaj słownika synonimów, przypomnij zaimki z j. polskiego, wtedy to przeredaguj.

Cytat:
po kilku celnych w witalne punkty ciosach zabiłem go nim

He.. He he... Zabił go jego witalnym punktem...
I nie baw się w mistrza Yodę, błagam cię! O wiele lepiej brzmiałoby: "Po kilku celnych ciosach w witalne punkty, zabiłem go."

Cytat:
musiałem zostać w obozie przez dwanaście dni

A to on nie był na trzy tylko? A nawet jeśli, to co na to Jack i rodzice Sandry?

Cytat:
już byliśmy w chatce. Zdziwiłem się i Sandra także, patrząc przez szybkę w pokoju, zauważyliśmy, że wracającego Jacka, a chcieliśmy sprawić mu przyjemność prezentem, zaczepiło dwóch strażników, wyglądało groźnie, jeden nawet odepchnął Jacka i krzyknął na niego.

Blargblargbkiawgfvisdbvilasegbfilgefgvbasdilfgauifvasuyghukcfxccchgcgcgchgchgchgchg!!!!!!!!1111
Następstwo językowe! Chronologia! Składnia! Na tym potworku padłem... Nie wiem, o co w nim chodzi. Znaczy, zdziwili się patrząc przez szybę, że wracającego Jacka, a mu chcieli prezent zrobić, zaczepili strażnicy o.O
Z tego, co rozumiem powinno być tak:
"Zdziwiliśmy się, gdyż przez szybę zobaczyliśmy wracającego Jacka, którego zaczepiło dwóch strażników"
O ile lepiej i czytelniej bez zbędnych wtrąceń?

Cytat:
uderzając mnie w tył czoła

Znaczy tam od strony mózgu? Bo standardowo to czoło samo w sobie tak jakby z przodu jest, i tyłu nie ma... Chyba o tył głowy ci chodziło?

Cytat:
Wszedł, jak co roku poważny i nielekceważący wroga, na arenę.

"Wszedł na arenę jak co roku, poważny, nielekceważący wroga." IMHO o całe nieba lepiej. A to tylko szyk wyrazów!

Cytat:
czekali na ,,tą" walkę

WalkĘ -> tĘ.
TĘ walkę odbyłem, TĘ drogę widzę
TĄ walką się zawiodłem, TĄ drogą szedłem
NIGDY odwrotnie.

Cytat:
Choć wiedzieliśmy od początku, że zwycięzcy będą tacy jacy są, ale nie tylko my. Bo zawodnicy również mimo starań, a ci co walczyli z Generałem lub Jackiem mogli bez powstrzymywań sprawdzać swoje umiejętności, również czekali na ,,tą" walkę.

Dobra, tego z Jackiem, niespodzianką i strażnikami nie skumałem. Za to tutaj jest totalny chaos, anarchia, a język polski się za serce chwyta...
"Wszyscy wiedzieli, że tacy akurat będą zwycięzcy, ale nie tylko my, bo zawodnicy również pomimo starań, a ci co walczyli z Generałem mogli sprawdzić swoje umiejętności, również czekali?"
Że WTF ja się pytam> Bo ci co tam walczyli, to my wiedzieliśmy, i oni mimo starań walczyli z generałem, się sprawdzili, że czekali. o.O

Cytat:
nawet obrona która zdolna jest powstrzymać wszystkich zawodników naraz, nie działała, o czym generał od dawna wiedział, na Jacka

CHAOOOOOOOS!!!
"Nawet obrona, która zdolna była powstrzymać wszystkich zawodników naraz nie działała na Jacka, o czym Generał od dawna wiedział"[i]
Nie wtrącaj! Buduj zdania złożone ale, na bogów, NIE WTRĄCAJ, bo ci to nie wychodzi.

Cytat:
Węch, słuch, widoczność.

Dzis na drodze, przez mgłę, był bardzo słaby wzrok. Za to ja mam kiepską widoczność, bo 0,75 dioptrii...
Znaczy się ,podstawowe 6 zmysłów to węch, słuch, równowaga, dotyk, smak i wzrok.

Cytat:
Mogę bronić się przed atakami nawet smoka

Już tak nie razi niby, ale szyk wyrazów zmieniony. Powinno być:
[i]Mogę bronić się nawet przed atakami smoka[i]

Popracuj nad językiem, składnią i stylistyką. Nie stosuj wtrąceń, lepiej tworzyć krótkie, pojedyńcze zdania, niźli kilkulinijkowe potworki, w których łatwo się i czytającemu, i autorowi pogubić.

Co się tyczy fabuły: akcja dzieje się zbyt szybko. To tylko trochę tekstu, a ten już zyskuje przyjaciółkę, wyrusza na obóz, odnajduje wujka, walczy ze smokiem... A wszystko przedstawione krótko. Zbyt krótko! Można odnieść wrażenie, że na obozie byli kilka godzi, a walka ze smokiem to kilka machnięć mieczem. Nie potrafisz oddać świata, brakuje mi opisów. I nie chodzi tu o te z Pana Tadeusza, ale coś... No wydłuż trochę... Opisz unik jaki zrobił przy walce, nadaj światu kolory, dźwięki zapachy... Bo to, co czytam, to jest pokroju
[i]"Był chłopak, uratował dziewczyne i się z nią zaprzyjaźnił, potem razem trenowali i wybrali się na obóz. Wrócili, a potem znów wybrali się do lasu, gdzie chłopak odnalazł wujka. Razem z nim poszli walczyć ze smokiem, pokonali go, ale chłopak zemdlał. Wrócili i okazało się, że ojciec chłopaka weźmie udział w walkach na pięści. Skończyło się remisem, a potem chłopak dostał duuuzo prezentów na urodziny."
. Ruszamy na smoka? Taaa! Ruszamy! I poszli. No jak ja bym się na taką gadzinę wybierał, to co najmniej jeden dzień tym odczekał, pogadał o tym, opracował taktykę... A ci na Urrra!
Sama fabuła nie jest kopią, plagiatem, ale i nie jest w pełni oryginalna. Ot mamy sierote wychowanego przez poczciwego kowala, mamy jego przyjaciółkę i trening. Potem okazuje się, że chłopak ma MOC. Już mogę powiedzieć, że w przyszłości jego przyjaciółka zostanie porwana, będzie dalej trenował specjalną technikę, a za jakis czas zapewne jego wujek lub ojciec zginą.
Całość jest nierówna, momentami żałowałem, że napisane jest tak mało, momentami spoglądałem co chwila na suwak, żeby sprawdzić, czy dużo tego jeszcze. Popracuj nad tym, poczytaj książki... Jak się uczyć, to od najlepszych :mrgreen:
A, i nie olewaj lekcji polskiego. Niby mówią, że nikt go nie będzie w przyszłości pytał z przydawek, ale jednak znajomość podstaw stylistyki i składni sie przydaje w tworzeniu czytelnych tekstów...
________________________
"Na trolla pewne są tylko dwie pewne metody, jedna samopowtarzalna i druga, wymagająca przeładowania ręcznego."


 
 
Feniks 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
2 gry

Pomógł: 62 razy
Dołączył: 04 Wrz 2010
Posty: 511
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 19:29
Takiej pomocy się po tobie spodziewałem. Jedna twoja opinia jako recenzja i wszelka "krytyka" innych w zupełności starczy, aby mi pomóc. Pozostałym życzę dobrej zabawy :-P
________________________

 
 
FireBlade 




Preferowany:
RPG Maker VX

Pomogła: 8 razy
Dołączyła: 04 Kwi 2010
Posty: 243
Skąd: Opole
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 22:01
Spoko się czyta, dla mało wymagających jest dosyć wciągająca :) Mnie osobiście się spodobała.
________________________
"Nigdy się nie tłumacz, przyjaciele tego nie potrzebują a wrogowie i tak nie uwierzą.,"

"Oklaski są z łaski a brawa to wielka sprawa"

"Akcpetuję tylko wodę, mountain dew i coca colę zero..."

DeviantArt : http://divinekataroshie.deviantart.com/
 
 
 
Yaslon 




Preferowany:
RPG Maker 2003

Pomógł: 3 razy
Dołączył: 18 Lip 2011
Posty: 33
Wysłany: Pon 03 Paź, 2011 22:11
Oj, trzeba naprawdę mało wymagać. Dla mnie to jest nie do przebrnięcia, styl mnie odrzuca na mile morskie. Miałem ochotę zrobić szczegółową analizę, ale Angius mnie wyręczył, więc nic w sumie nie mam do dodania.
 
 
Malian 




Preferowany:
RPG Maker XP

Pomógł: 3 razy
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 262
Skąd: Warszawa
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 15:55
Ok. No to moja kolej. :)
Ponieważ nie mam siły na razie czytać tego tekstu, to postanowiłem zapoznać się tylko z opinią Angiusa.

A więc zacznę za błędy w pisowni dialogów.
Po pierwsze, i to jest jeden z mniej widocznych błędów, nie musisz po każdej wypowiedzi pisać kropki a potem myślnik, nawet nie możesz.
No powiedzmy zapiszę taki dialog [no wybaczcie, ale nie mam siły na coś lepszego :)]:
Cytat:
-Słyszeliście o tym smoku, który spalił ogromną część lasu po stronie Stromej Doliny?
-Tak, słyszałem że był przeraźliwie wielki i osłabił znacznie nasze zastępy rycerzy. - odpowiedziałem.


Ta część narracji po myślniku również wchodzi w zdanie, lecz niekoniecznie w wypowiedź bohatera, także to nie jest dość dobre miejsce na kropkę, z jednym wyjątkiem, którym jest brak dodatkowej wypowiedzi narratora na temat: jaka osoba mówi, co robi w tym czasie, itp.

No ale fakt faktem, że u Ciebie jest za dużo (i za często) tych rzeczy po myślniku. [braknie mi słów :P]


A teraz mały komentarz dla Angiusa:
"patrzałem" jest poprawną formą we wczesnych czasach.


Myślę że to tyle, wiem że napisałem to bardzo roztrzepanie, ale jestem jakoś wykończony. :)
Pozdrawiam.
________________________
 
 
 
 
Yaslon 




Preferowany:
RPG Maker 2003

Pomógł: 3 razy
Dołączył: 18 Lip 2011
Posty: 33
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 17:05
Niestety w literaturze sama poprawność nie wystarczy. Weź dowolną (niestylizowaną) książkę i policz kolokwializmy.
 
 
Feniks 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
2 gry

Pomógł: 62 razy
Dołączył: 04 Wrz 2010
Posty: 511
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 17:29
Wiem to Yaslon :)
________________________

 
 
Melvin 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
1 gra

Pomógł: 35 razy
Dołączył: 23 Paź 2009
Posty: 1063
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 17:40
Malian napisał/a:
A teraz mały komentarz dla Angiusa:
"patrzałem" jest poprawną formą we wczesnych czasach.

To żeś dowalił!
Jak już, to jest to wyraz staropolski. Jednak ta forma wg mnie nie jest poprawna.
________________________
MelvinClass:
Spoiler:

 
 
Malian 




Preferowany:
RPG Maker XP

Pomógł: 3 razy
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 262
Skąd: Warszawa
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 17:45
Ale jednak można to dać do wypowiedzi bohaterów... Przynajmniej tych polskich. :)
________________________
 
 
 
 
Melvin 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
1 gra

Pomógł: 35 razy
Dołączył: 23 Paź 2009
Posty: 1063
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 20:18
W sumie, można, ale nie wypada.
________________________
MelvinClass:
Spoiler:

 
 
Malian 




Preferowany:
RPG Maker XP

Pomógł: 3 razy
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 262
Skąd: Warszawa
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 20:42
Ojej... Ale to można przecież napisać tak powieść...

W dzisiejszych czasach część społeczeństwa mówi "poszłem" i "wziąść" zamiast "poszedłem" oraz "wziąć"...

I można napisać tak książkę. Przykład? Prosty log ze szkolnego korytarza:
[8:49] <Szymon> Gdzie Ty byłeś?
[8:50] <Jacek> Poszłem po lekturę.

Masz przykład, ale nie ciągnijmy tego off-topu. :)

@EDIT:
Lekturę* :)
________________________
 
 
 
 
Melvin 




Preferowany:
RPG Maker XP

Ranga RM:
1 gra

Pomógł: 35 razy
Dołączył: 23 Paź 2009
Posty: 1063
Wysłany: Wto 04 Paź, 2011 22:53
To, że każdy tak mówi nie oznacza, że my też mamy tak mówić. Jednak książka a życie, to nie to samo. Ale masz trochę racji.
________________________
MelvinClass:
Spoiler:

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group | Template Klam by Ayene